sobota, 14 października 2017

14 października 2017

Jesień zwykle przynosiła ukojenie i melancholię. Tym razem, zmieniła zdanie, może pogubiła zasady lub zmówiła się z Bogiem i mnie testuje. Noce złożone są z koszmarów. Absurdalnych, innym razem realnych, podczas których nie widzę, że są tylko wytworem zmęczonej psychiki. Nie potrafię odnaleźć nuty bezpieczeństwa. Dni, wegetuję. Ciężko przychodzi wykonywanie do tej pory regularnych i standardowych czynności. Dłonie drżą, ciśnienie skaczę, w uszach dudnią piski. Nie umiem ( nie potrafię, nie chcę) znaleźć wyzwolenia. Zamykam się w sobie coraz mocniej. Każdą drobnostkę analizuję. Tęsknie mocniej. Jestem silna. Byłam silna. Chce, tylko blokada jest niemożliwa do obejścia.

W sierpniu dwa tysiące szesnastego roku, usta delikatne, krągłe, intensywnie wiśniowe dotykają mojego ciała po raz pierwszy. Subtelnie, niepewnie, jednocześnie najpiękniej. Ileż kochanków miałam, lecz pamięć o nich znika. Ulatnia się, jest mgłą rozwianą przez minimalnie silniejszy wiatr. Czasem próbuję zniszczyć przekonanie, że muszę być dobrym człowiekiem z wysoko postawioną poprzeczką moralności i przenoszę wyobraźnie, w sfery, gdzie nie ma tych trzecich i całujesz po raz drugi. To nigdy nie pomaga.

Codziennie proszę, daj znak, siłę, pokieruj dłonią wybierającą numery telefonów, rozwiń umiejętność mowy. Bywasz zajęty, wielu oddaje Ci wszelkie rozterki. Czekam cierpliwie, przywykłam.